Po ludzku: ta strona piecze ciasteczka na Twoim komputerze. W języku urzędowym: ta strona używa cookies. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z ustawieniami przeglądarki.
image1 image2 image3

Imię Pani

IMIE PANI strona 1 small

   Już 23 listopada premiera najnowszego kryminału retro "Imię Pani" Krzysztofa Koziołka. To trzynasta powieść w dorobku autora, który niedługo będzie świętował 10 lat od swojego debiutu.

   Jest 18 grudnia 1934 roku. Komisarz kryminalny Gustav Dewart wypoczywa w Grüssau (Krzeszowie), korzystając z gościny opata benedyktynów. Urlop ma mu pomóc w odzyskaniu sił nadwątlonych rodzinnym dramatem, ale pobyt wśród mnichów zaczyna go męczyć.
   Żeby nie robić przykrości opatowi, policjant bierze udział w Dniu Światła, corocznej mszy odprawianej na pamiątkę odnalezienia cudownej ikony Matki Bożej Łaskawej ukrytej przed husytami i odzyskanej w nadprzyrodzonych okolicznościach po 196 latach. Niemal zaraz po nabożeństwie jeden z mnichów zostaje znaleziony martwy w klasztornej toalecie. Kiedy opat prosi swego gościa o dyskretną pomoc, ten traktuje to jako uśmiech losu i odskocznię od monotonii.
   Jednak wkrótce mury opactwa stają się świadkami kolejnych zagadkowych zgonów. Gdy miejscowa policja uznaje je za nieszczęśliwe wypadki, Dewart postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Nie zdaje sobie przy tym sprawy, że wkrótce przyjdzie mu zmierzyć się nie tylko z tajemniczym sprawcą, ale i własnymi lękami, przed którymi stara się uciec.

   Tutaj możesz obejrzeć niezwykle klimatyczny zwiastun książki!

 

 

 

   23 listopada 2017 roku będzie premiera wydania papierowego, jak też wersji elektronicznych (pdf, epub i mobi). W dalszej części artykułu znajdziesz recenzje książki oraz jej fragment.


   A to trzy krótkierecenzje, które znalazły się na okładce książki:

   Najnowsza książka Krzysztofa Koziołka to intrygująca wędrówka w przeszłość, podczas której napotkasz tajemnicze morderstwa, dziwne zbiegi okoliczności oraz zagadkowy, pozorny spokój małej mieściny. Odsłanianie kart tej frapującej historii to nie lada gratka dla każdego miłośnika kryminałów z historią w tle. Jestem zachwycona!
   Wioleta Sadowska, blog "Subiektywnie o książkach... "

   "Imię Pani" to znakomicie napisana powieść, która na kilka godzin odrywa czytelnika od rzeczywistości i przenosi w zupełnie inne miejsce i epokę. Widać, że autor poświęcił wiele czasu na zebranie materiału do książki. Dzięki temu w zadziwiająco łatwy, lecz zarazem precyzyjny sposób łączy kryminał z elementami powieści historycznej. Szczerze polecam!
   Klaudia Skiedrzyńska, blog "Nowe Horyzonty"

   Krzysztof Koziołek zabiera czytelnika w klimatyczną, pełną napięcia i niewygodnych zdarzeń podróż. "Imię Pani" to kryminał retro w znakomitym, elektryzującym stylu – w sam raz na mroźne zimowe wieczory. Czytelnicza uczta w doskonałym wydaniu!
   Marzena Gaczoł, blog "Matka Puchatka"

  Już niedługo pojawią się pełne wersje powyższych recenzji! Zanim to się stanie, polecamy fragment powieści (poniżej)!

 

Krzysztof Koziołek, "Imię Pani" (fragment):

  W tym momencie drzwi do jadalni otworzyły się z hukiem. Mina stojącego w nich Pallentina mówiła sama za siebie.
  – Ojcze – opat zwrócił się do Lubomskiego – niesłusznie posądzaliśmy naszego brata o lenistwo. Zaraz po mszy zleciłem odszukanie Bronisława, aby go potem przykładnie ukarać... Właśnie go znaleziono... – Wstrzymał głos. – Martwego.
  – Martwego? – spytał Dewart, czując to specyficzne napięcie w brzuchu towarzyszące mu zawsze w pracy zawodowej.
  – Utopił się w kloace.
  – Wciąż tam jest?
  – Nie ruszaliśmy ciała – zapewnił Pallentin.
  – Jeśli wielebny ojciec pozwoli, chciałbym obejrzeć to miejsce – rzekł komisarz kryminalny. – Zanim przyjedzie miejscowa policja z pewnością minie trochę czasu...
  – Policja? – Opat wyglądał na przestraszonego.
  – To wszystko zależy od okoliczności...
  – Dobrze. Ojcze Wacławie, proszę zatelefonować na policję. – Pallentin podjął decyzję. – Miejsce to znajduje się w klauzurze, ale ze względu na wyjątkową sytuację pan jako przedstawiciel odpowiednich służb ma prawo tam wejść. – Spojrzał na Dewarta. – Chodźmy zatem!
                                                                                *
  Kiedy wyszli z domu gościnnego opata, w policjanta uderzył porywisty wiatr, tak silny, że niemal go przewrócił. Schylił się, aby dać odpór gwałtownym podmuchom, po czym ruszył za opatem. Minęli okazały kościół świętego Józefa, potem wozownię, kościół klasztorny i znaleźli się na ścieżce prowadzącej do głównego wejścia do konwentu.
  Był tak zaaferowany wypadkiem, że nie zauważył wystających cegieł i kamieni, pozostałości po zachodnim skrzydle – jeszcze gotyckim – które ze względu na zły stan techniczny postanowiono w 1873 roku wysadzić w powietrze. To było ostatnie stadium kapitulacji opactwa, które na rozkaz króla Fryderyka Wilhelma III skasowano w 1810 roku, pół wieku po tym, jak Prusacy podbili Śląsk. W tamtym czasie majątek cystersów z Grüssau obejmował dwa miasta, czterdzieści dwie wsie i osiemnaście folwarków rozciągających się na powierzchni trzydziestu tysięcy hektarów.
  Kościół klasztorny stał się świątynią parafialną, czterdziesty siódmy opat zaś – Ildefons Reuschel – objął probostwo już jako ksiądz diecezjalny, nie cysters. Smutny los spotkał także dom gościnny opata, który przejęło leśnictwo, w części klasztoru stworzono zaś szkołę ludową. Później było już tylko gorzej: zerwano miedziane obicia kopuł nad mauzoleum, uszkadzając przy okazji dach samego kościoła, który naprawiono potem za pomocą gliny. Zarzucono też konserwację kamiennych rzeźb zdobiących fasadę dawnego kościoła klasztornego, co wkrótce doprowadziło do ich zwietrzenia.
  Na szczęście w 1919 roku – po ponad siedmiuset latach – historia zatoczyła koło i do Grüssau wrócili benedyktyni, tym razem z praskiego opactwa Emaus. Co prawda nie było ich tylu, co cystersów w najlepszych czasach – pięćdziesięciu pierwszej kategorii i nawet cztery razy tyle braci drugiej kategorii, czyli konwertów – ale i tak niemalże od razu zabrali się za remonty, prowadzili też badania nad historią opactwa. Ich działania ożywiły ruch pielgrzymkowy, czemu dodatkowo sprzyjał fakt, iż w 1924 roku konwent podniesiono do rangi opactwa.
  – Tędy. – Opat pokazał drogę, zupełnie niepotrzebnie, bo wystarczyło kierować się zapachem.
  – Czuję – rzekł Dewart, marszcząc nos.
  – Niech pan nie narzeka, można powiedzieć, że teraz to prawie w ogóle nie śmierdzi. – Stanął przed otwartymi na oścież drzwiami. – Kiedy się tutaj pojawiliśmy, stan klasztornych kloak wołał o pomstę do nieba a fetor po prostu przyprawiał o mdłości. Zamontowaliśmy nowe ubikacje i ułożyliśmy rury doprowadzające wodę.
  – Zatem skąd ten smród?
  – Stąd. – Wskazał ręką.
  Dewart zmrużył oczy, próbując dostrzec potrzebne szczegóły w ciemnościach rozpraszanych jedną słabą żarówką. Pomieszczenie podzielone było drewnianymi ściankami oddzielającymi poszczególne kabiny. W ostatniej nie było jednak muszli sedesowej, tylko drewniana pokrywa z okrągłą dziurą w środku, zamocowana dodatkowo na zawiasach i podnoszona w razie potrzeby.
  – Niech zgadnę, zostawiliście jedną, żeby mieć dostęp do odpływu, który co jakiś czas się zatyka? – spytał.
  – Dokładnie tak – westchnął Pallentin, pokazując na uniesione wieko, obok którego sterczały dwie obute nogi. – Gdyby ktokolwiek przypuszczał, że tak się stanie, rozwiązalibyśmy to inaczej...
  – Po szkodzie każdy jest mądry. – Dewart podszedł bliżej. – Posadzka też prosi się o remont – rzekł, stanąwszy na chyboczącej się płycie.
  – Żeby pan wiedział. Część płyt już wymieniliśmy, nawet się okazało, że jedna z nich to epitafium dawnego opata Tobiasa Hallera.
  – Epitafium? – Zaciekawił się.
  – Bracia ją oczyścili i umieścili w części korytarza przylegającej do zakrystii. Widocznie użyto jej do naprawy zniszczonej posadzki.
  – Szkoda, że nie tego konkretnego fragmentu – powiedział kąśliwie. – Na mój nos ojciec Bronisław śpieszył się za potrzebą, chcąc ją załatwić przed rozpoczęciem uroczystości. Pech chciał, że zahaczył o wystającą krawędź, potknął się i tak nieszczęśliwie przewrócił, że wpadł do kloaki, którą ktoś przypadkiem zostawił otwartą... Jak często trzeba udrożniać odpływ?
  – Często... Raz na tydzień co najmniej... Rura odpływowa jest już stara i zarośnięta...
  – To by się zgadzało. Jedyne pytanie, które mi się nasuwa, to...
  Nagle z głębi korytarza dobiegł tubalny głos. Chwilę potem w drzwiach stanął potężnej budowy mężczyzna w mundurze żandarma z głową łysą jak kolano. Za nim stał drugi policjant, niższy i z krótko przystrzyżonymi włosami.
  – Ojcze wielebny, zjawiłem się najszybciej, jak tylko się dało – mówił nieznajomy, a słowa odbijały się echem od ścian, sprawiając, że trudno było pojąć ich sens. – Poinformowano mnie, że jeden z braci miał wypadek.
  – Herr Obermeister, ojciec Bronisław został znaleziony w tej kloace. – Opat wskazał ręką na ostatnią kabinę.
  – Jacyś bezpośredni świadkowie?
  – Żadnych. Jak pan wie, mieliśmy dziś ważną uroczystość i wszyscy bracia byli bardzo zajęci... Podejrzewamy, że ojciec Bronisław śpieszył się, chcąc załatwić potrzebę przed mszą, potknął się na tej nierównej płycie – stuknął butem w posadzkę – i wpadł do kloaki. Dalszy bieg wypadków można sobie łatwo wyobrazić.
  – My, czyli wielebny ojciec i kto jeszcze? Ktoś tu był przed wielebnym ojcem?!
  – Kiedy ojciec Bronisław nie pojawił się na mszy, nakazałem jego odszukanie. Znalazł go jeden z braci i natychmiast mnie powiadomił. Nikt inny tutaj nie wchodził – odpowiedział Pallentin. – Nie licząc naszego gościa.
  – Gościa? – Dopiero teraz żandarm dojrzał postać Dewarta skrytą w cieniu pod ścianą. – Kto to?
  – Nasz gość – wyjaśnił opat. – Poprosiłem go o pomoc z racji...
  – Ja jestem komendantem powiatowej żandarmerii – wszedł mu w słowo – i to ja powinienem jako pierwszy oglądać to miejsce!
  – Oczywiście... – odparł Pallentin zdenerwowany. – Herr Obermeister, nie wiedziałem, że zjawi się pan tak szybko... Dlatego uznałem, że skorzystanie z pomocy pańskiego kolegi po fachu będzie dobrym pomysłem...
  – Kolegi po fachu? – Mężczyzna przejechał dłonią po łysinie. – Pan jest policjantem?
  – Komisarz kryminalny Gustav Dewart. – Wyciągnął rękę na przywitanie.
  – Starszy mistrz Felix Walsleben, komendant żandarmerii powiatu Landeshut. – Odwzajemnił gest, w jednej chwili zmieniając zachowanie. – A to starszy wachmistrz August Stenzel, miejscowy żandarm. – Przedstawił drugiego mężczyznę. – Herr Kriminalkommissar, proszę wybaczyć moje zachowanie, ale nie wiedziałem, że zjawił się pan już na miejscu... Zresztą...
  – Zresztą co? – Dewart wbił spojrzenie w komendanta.
  – Przepraszam, ale nie wygląda pan na policjanta... Zmyliło mnie to...
  – To? – Dotknął palcem prawego policzka, muskając opuszkami bliznę w kształcie cięciwy łuku biegnącą od kącika ust aż do skroni.
  – Nabawił się pan tego na służbie? – Przez Walslebena przemawiała zawodowa ciekawość.
  – Faktycznie wyglądam z tym jak oprych. – Zignorował pytanie. Nie miał ochoty uzewnętrzniać się przed nieznajomymi, nawet jeśli byli kolegami po fachu. Tym bardziej że szrama była pamiątką z zatrzymania, podczas którego zachował się jak ostatni żółtodziób i które w ostatecznym efekcie skończyło się tragicznie. Na samą myśl czuł nieprzyjemne skurcze w brzuchu.
  – Bardzo szybko ściągnęli pana z rejencji, jestem pod wrażeniem. – Walsleben prężył się jak struna.
  – Z rejencji? – Dewart był zaskoczony.
  – Z rejencji legnickiej, ma się rozumieć!
  – Nie przyjechałem z rejencji – wyjaśnił spokojnie. – Przebywam tutaj prywatnie, na wypoczynku...
  – Herr Kriminalkommissar, zatem wprowadził mnie pan w błąd! – W głosie Walslebena nie było już śladu uprzejmości.
  – Tak? – Dewart nie był z tych, co dają sobie dmuchać w kaszę. – Mianowicie kiedy wprowadziłem pana w błąd?
  – Twierdząc, że jest pan z rejencji legnickiej – wycedził.
  – Nie mówiłem, że jestem z rejencji legnickiej – odrzekł ostro.
  – Dał pan to do zrozumienia...
  – Nikomu niczego nie dawałem do zrozumienia – odparował komisarz kryminalny. – To pan wyciągnął pochopne wnioski. Ale to już nie moja wina, prawda?
  – Panowie... – westchnął opat.
  – Herr Obermeister, nie powinniśmy chyba toczyć proceduralnych gierek, tylko wesprzeć wielebnego ojca i pozostałych braci w tej trudnej dla nich chwili. – Dewart zmienił front. – Poproszono mnie jako gościa o pomoc, której udzieliłem. Ale, jak już obaj wiemy, moja obecność tutaj ma charakter nieoficjalny i to pan, jako komendant miejscowej żandarmerii prowadzi sprawę. Skądinąd niezwykle fachowo, jak zdążyłem się już przekonać.
  – Tak pan uważa? – W głosie Walslebena dało się wyczuć satysfakcję.
  – Rozpytanie, które zdążył pan już przeprowadzić, oceniam jako pierwszorzędne.
  – Niezwykle miło słyszeć to z ust funkcjonariusza tak wysokiego stopniem. Dziękuję! – Trzasnął obcasami.
  – Bardzo proszę. – Dewart delikatnie się uśmiechnął.
  – Jeśli i ja mógłbym wykorzystać pańską obecność i poprosić o opinię?
  – Już ją pan usłyszał. Nieszczęśliwy wypadek na nierównej posadzce. Jedyne, co bym jeszcze na pańskim miejscu zrobił, to rozmowa z bratem, który znalazł tego nieszczęśnika.
  – Oczywiście, zamierzałem taką przeprowadzić! – rzekł szybko. – Stenzel!
  – Jawohl! Tak jest! – Starszy wachmistrz zasygnalizował gotowość do pracy.
  – Przyprowadzić świadka! – wrzasnął. – Za pozwoleniem wielebnego ojca, oczywiście – dodał błyskawicznie.
  – August nie musi się fatygować. Brat Dominik oczekuje na nas w refektarzu – rzekł Pallentin. – Tędy, panowie...
  Tak, jak przewidywał Dewart, rozmowa z mnichem, który znalazł denata, nic nie wniosła do sprawy. Chwilę później policjanci – już na placu przed klasztorem – zgodnie ustalili, że śmierć ojca Bronisława była wynikiem wypadku i co za tym idzie, wzywanie funkcjonariuszy policji kryminalnej było niepotrzebne.
  – Herr Kriminalkommissar, jestem ogromnie wdzięczny za pańską nieocenioną pomoc. Tym bardziej, że poświęcił pan dla mnie i braci czas przeznaczony na... – Walsleben zrobił krótką pauzę – ... urlop. Wielebny ojcze, wiemy już wszystko. Pozostaje mi się pożegnać, życząc sobie i wielebnemu ojcu, aby nasze kolejne spotkanie wyniknęło z innych powodów.
  – Życzmy sobie tego wszyscy. – Opat położył ręce na piersi. – Dziękuję panom za pomoc. Jak mawiał święty Benedykt, człowiek mądry daje się poznać w kilku słowach.
  Żandarmi obrócili się na pięcie i ruszyli w kierunku bramy. Pallentin pożegnał się z Dewartem, tłumacząc, że musi zlecić zajęcie się ciałem zmarłego.
  Policjant patrzył na Walslebena – który wyprzedzał podwładnego o pół kroku – mając nieodparte wrażenie, że jego obecność tutaj mocno podrażniła ambicję komendanta, tym bardziej że był od niego o wiele wyższy stopniem. Z drugiej strony starał się go zrozumieć, też nie byłby zadowolony, gdyby pałętał mu się pod nogami jakiś obcy funkcjonariusz.
  Narzekałem na nudę, to mam, czego chciałem – westchnął, kierując się w stronę domu gościnnego opata.
                                                                               (...)
  „Browar Klasztorny” reklamował się jako historyczna restauracja zlokalizowana obok wejścia na teren klasztoru i faktycznie mieścił się tuż za jego murem, po prawej stronie bramy, patrząc od ulicy. Co jakiś czas nęcił gości nowym menu, w sezonie oferował też letni ogródek, a przez cały rok dostęp do garażu lub parkingu.
  Gospoda była jednym z kilku lokali we wsi, które powstały po tym, jak cystersi postawili na rozwój turystyki pielgrzymkowej. Inwestycje rozpoczęte przez opata Bernarda Rosę i kontynuowane przez jego następców przyniosły Grüssau rozgłos. Klasztor przyciągał nie tylko rzesze pątników i osób zwiedzających Śląsk, ale także sławnych tego świata. 31 sierpnia 1790 roku pojawił się tu Johann Wolfgang Goethe, dekadę później zaś aż trzy dni w opactwie spędził John Quincy Adams, ówczesny ambasador i późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki.
  Jednak chyba najbardziej znanym gościem „Browaru Klasztornego” był Michał Willmann pracujący dla tutejszych cystersów. To właśnie jemu gospoda zawdzięczała swoją nieoficjalną nazwę – „Willmannowska Pokusa” – która trwała bez względu na zmiany właścicieli. Jednym z największych tworów malarza był monumentalny cykl fresków zdobiących kościół bracki pod wezwaniem św. Józefa.
  W Grüssau Willmann słynął nie tylko z talentu artystycznego, ale i ciągot do procentów. Ponieważ potrafił więcej czasu spędzać w karczmie niż z paletą w dłoni, opat zabronił mu wstępu do gospody. Śląski Rembrandt znalazł inny sposób: w aptece, pod pozorem uzupełniania stanu rozpuszczalników potrzebnych do rozrabiania farb, zaopatrywał się także po kryjomu w alkohol. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie ludzkie pobłażanie – tak obce opatowi – dla jego słabości do kielicha.
  Dewart, który ową historię słyszał kilkakrotnie, w pełni rozumiał nieżyjącego już malarza. Co więcej, sam z lubością topił smutki w trzecim kuflu piwa. I to na złość samemu opatowi! Co prawda, już nie cysterskiemu, ale to mu zupełnie nie przeszkadzało.
  Tak samo jak fakt, że w gospodzie tłumów nie było. W przestronnej sali, której sufit zdobiło potężne obelkowanie oraz kilka figur z okrągłymi szklanymi lampami zamiast głów, siedziało tylko paru mężczyzn, reszta stolików była pusta. Z ich głośnych rozmów wynikało, że na co dzień pracują w fabryce włókienniczej w Landeshut, a teraz odpoczywają, kryjąc się jednocześnie przed żonami.
  Widząc dno naczynia, Dewart podniósł rękę, dając znak karczmarzowi. Kiedy ten się zjawił, zaczepił go jeden z   mężczyzn. Po twarzy było widać, że ma już nieźle w czubie.
  – Erna opowiadała, jak to twoja żona się żaliła, że jakiś turysta cię oskubał. – Zarechotał.
  – Ano oskubał, oskubał. – Karczmarz zazgrzytał zębami. – Nie zamknął rachunku za cały tydzień, a wina wypijał codziennie więcej niż wy wszyscy razem wzięci przez miesiąc!
  Dewart kątem oka otaksował towarzystwo. Właściciel lokalu, jak nic, przesadzał.
  – Może jeszcze wróci i zapłaci? – dodał drugi z mężczyzn, któremu jeden koniec wąsa sterczał w górę, drugi w dół.
  – Nie wróci – jęknął żałośnie karczmarz. – Będzie już ze dwa tygodnie albo i lepiej, jak przepadł.
  – Walter, ale że ty dałeś się tak oszukać? – spytał ten najbardziej pijany. – Kto, jak kto, ale z ciebie przecież taki żydek, co to nikomu nie przepuści!
  Karczmarz zrobił żałosną minę, co spotkało się z głośnym wybuchem śmiechu wąsatego.
  – Wcześniej zapłacił za cały miesiąc – zaczął tłumaczyć Walter Halemba. – Nie było podstaw, aby go podejrzewać o tak niecny czyn.
  – Nie martw się, masz nowego Willmanna! – zarechotał pijany.
  – Pokaż, na którym krześle siedział! – zawtórował kompan.
  Karczmarz machnął w ich stronę wykrochmalonym ręcznikiem, po czym uciekł za ladę jak niepyszny. Kiedy mężczyźni stracili ofiarę żartów, zaczęli się rozglądać po sali. Padło na Dewarta.
  – A pan szanowny wie, że Willmann siadał na tamtym krześle? – Pijany pokazał palcem w bliżej nieokreślonym kierunku. – I że on też nie zamknął rachunku? Nie tylko zresztą w tej karczmie, tylko we wszystkich w Grüssau! – Podniósł głos.
  Policjant uprzejmie potaknął.
  – I żeby pieniędzy nie miał! – Mężczyzna egzaltował się coraz bardziej. – Tyle od opata za malowanie wyciągał, a sknera z niego był o, taki! – Machnął ręką nad głową. – Ponoć u kilku krawców w Landeshut złożył zamówienia na stroje regionalne, towar odebrał, ale należności nie uregulował.
  – O, na tym krześle siedział! – Wąsaty wstał, po czym pacnął dłonią w drewniane siedzenie.
  Dewart umoczył usta w pianie. Nie wierzył, żeby jakikolwiek mebel w tym lokalu wytrzymał tak długą próbę czasu, ale nie miał zamiaru poddawać opowieści w wątpliwość. Nie chodziło bynajmniej o to, że nie chciał towarzystwu robić przykrości, po prostu czuł, że mogłoby to zostać odebrane jako afront. Bać się tych kilku tkaczy nie bał, w końcu latami trenował boks, wolał jednak nie opuszczać Grüssau w glorii rozrabiaki.
  – Ernst, jak zawsze gadasz głupoty! – Pijany wyraźnie się zezłościł. – To ja siedzę na krześle Willmanna!
  Policjant już miał zwrócić mężczyźnie uwagę, że chwilę wcześniej pokazywał zupełnie inny kierunek, ale postanowił wstrzymać się do czasu, aż sytuacja się rozwinie. Bo tego, że to nastąpi, był pewien.
  – Ja gadam głupoty? – mówił wąsaty niewyraźnie, plując przy tym śliną. – Ty siedzisz na krześle Willmanna? Akurat!
  – Żaden z was nie siedzi na krześle Willmanna! – Do rozmowy włączył się rosły mężczyzna o pucułowatej twarzy. – To jest stół, przy którym Willmann pił wino! – Walnął pięścią w blat. – I to ja przy nim siedzę!
  – Ty, Franz? – Pijany zrobił krok w kierunku adwersarza. – Jak my z Ernstem pierwszy raz siedzieliśmy na Willmannowskim krześle, ty srałeś jeszcze pod siebie! – warknął.
  – Szczera prawda! – Poparł go wąsaty. – Szczera prawda!
  Słysząc to, Dewart zaczął w myślach iść o zakład, który z mężczyzn rozpocznie mordobicie. Obstawił pijanego i przegrał, bo to pucułowaty pierwszy wyprowadził cios, trafiając wąsatego prosto w nos. Chwilę później do bijatyki przyłączyło się jeszcze trzech innych mężczyzn.
  Policjant przyglądał się temu ze spokojem, wolno sącząc piwo.
  – Panie Gustavie!
  Słysząc swoje imię, Dewart machinalnie się odwrócił i to był błąd, bo zanim spostrzegł twarz ojca Wacława, otrzymał silne uderzenie w szczękę.
  – Ty zasrańcu jeden! – wrzasnął, zrywając się na równe nogi i podwijając rękawy koszuli. – Ja ci pokażę, jak biją prawdziwi mężczyźni. – Wyprowadził cios, od którego wąsaty padł na podłogę jak rażony piorunem. Dwie minuty później obok niego – macając się po obolałych twarzach – leżała pozostała piątka.
  – Chyba panu przeszkodziłem... – rzekł Lubomski, na wszelki wypadek trzymając się na bezpieczny dystans.
  – Odwrócił ojciec moją uwagę, przez co dostałem po mordzie – burknął, opuszczając rękawy.
  – Oni wyglądają o wiele gorzej niż pan i tak się pewnie czują – skomentował nie bez podziwu w głosie. – Przepraszam, że tak się stało, ale wyniknęła pilna sprawa.
  – Skąd ojciec wiedział, gdzie mnie szukać? – Dewart zwinnie zapiął oba guziki.
  Zakonnik nic nie odpowiedział, skrzywił tylko kąciki ust i znacząco puknął palcem w głowę na wysokości skroni.
  – A co to za sprawa niecierpiąca zwłoki? – spytał policjant.
  W odpowiedzi mnich tylko się przeżegnał.

 

Patroni medialni:

IMIE PANI patroni small